red. Barbara Kapturczak

Moja idolka z lat dziecięcych ... , już jej nie zobaczę.  Zdjęcia

"Dnia 20.08.2009r. zmarła ciocia Bogunia." Taką wiadomość 

otrzymałam dnia 21.08.2009r. od brata Krzysztofa. 

W tym czasie moja mama, która mieszka z Krzysztofem 

w Szamotułach była u nas we Wronkach. 

Bogunia była najmłodszą siostrzyczką mamy, aż o 18 lat 

młodszą. Ode mnie ciocia była tylko 7 lat starsza. 

 

 

 

 

  Na tym zdjęciu to maleństwo to ja - Basia, 

dziewczynka w warkoczykach to Bogunia, 

po lewej stronie stoi moja mama Janka 

(siostra Boguni), po prawej stoi moja babcia 

Leokadia, czyli mama Janki i Boguni i Sławy.

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie wiedziałam że Bogunia chorowała, więc była to dla mnie wiadomość jak grom z jasnego nieba.

Ostatnio kontakt z nią miałam słaby, prawie żaden. Odległość robi swoje.

Wracając do przeszłości, to muszę zaznaczyć, że w pewnym momencie mojego życia Bogunia

stała się dla mnie wzorem dziewczyny do naśladowania.

Nauczyła mnie wyszywać (szczególnie ściegiem krzyżykowym), robić na drutach i szydełkować.

Z Bogunią słuchaliśmy (i śpiewaliśmy) współczesnych nam przebojów z płyt pocztówkowych.

Jeździliśmy z nią nad jezioro, a nawet zabierała nas do klubu i na zabawy (trochę później).

 

 

 

 

Pamiętam, że jak przyjeżdżała do Jastrowa, to

zawsze była super zadbana. Pomalowane, długie

paznokcie, a w ręce trzymała długiego, cienkiego

papierosa (Feminy czy coś takiego). Moi rodzice

nie palili, dlatego utkwiło mi to mocno w głowie.

Tata zaczął palić dopiero grubo po 40-stce.

Ciocia zakładała nogę na nogę i snuła

różne opowiadania o wielkim świecie.

 

Jak byłam w szkole średniej, to Bogunia była już bardzo dorosła. Pracowała w banku, we Lwówku jako główna księgowa. W tym okresie poznała Mariana Holkę, który miał samochód marki "Warszawa". Z nimi jeździliśmy (ja, Krzychu, Julita i Lucyna) na różne wyprawy. Kiedyś Marian dał poprowadzić samochód Julicie. Jechali wtedy do nas do Jastrowa i Julita skręcając z głównej drogi w naszą dróżkę wjechała do rowu. Odbyło się to z małą prędkością i nikomu nic się nie stało. Skończyło się dużym śmiechem. Potem 6.01.1973r. odbył się ślub Boguni i Mariana. 

Już trzy dni przed weselem byłam we Lwówku, niby pomagać w przygotowaniach do wesela. Pamiętam pieczenie ciast w piekarni, gdzie wcześniej pracował dziadek. 

W tej chwili ślinka mi cieknie na samą myśl jakie pyszności były wypiekane. Szczególnie utkwił mi w głowie makowiec (ciężki, tłusty i wysoki). Weselisko było, że ho...ho... . Włosów po fryzjerce nie mogłam rozczesać chyba przez tydzień, tak były natapirowane i polakierowane. Była to moja pierwsza i ostatnia fryzura zrobiona przez fryzjerkę. Bogunia wyglądała ślicznie.

Po ślubie trochę zmieniły się nasze stosunki. Bogdzia miała rodzinę, a ja rozpoczęłam studia.

U Holków pojawiły się dzieci: Szymek i Piotruś. Bogunia "tyrała" na trzech etatach:

pracowała w banku, zajmowała się dziećmi i domem oraz uprawiała pole (ogórki, szparagi).

Żeby tego nie było za mało, rozpoczęła studia w Poznaniu. Studia były niezbędne, aby 

mogła zostać dyrektorem banku. Pamiętam, że w tym okresie ich życia mój tata trochę 

im pomagał. Jeździł z nimi (nie mieli wtedy samochodu) i pomagał w sprzedaży ich plonów. 

Było im ciężko. Wiem, że jak przyjeżdżaliśmy do Lwówka, to było mi bardzo żal mojej cioci. 

Wcześniej wyglądała jak modelka, a w tamtym czasie nie miała już czasu, ani siły,

aby zadbać o siebie. 

 Nie pamiętam, który to był rok, ale na pewno po naszym (moim i Romana) ślubie (1981 albo 1982), Bogunia z Marianem i z dziećmi wybrali się na wycieczkę Batorym. W Szwecji poprosili o azyl i już tam zostali, do Polski nie wrócili. Rozpoczął się trzeci okres w życiu Boguni. Na początku było im ciężko. Wybrali się nawet autostopem do Włoch, skąd chcieli emigrować do Australii. Marianowi w Szwecji było za zimno. Jednak nic z tego nie wyszło. Wrócili więc do Szwecji. Z czasem otrzymali prawo do pracy, a potem obywatelstwo. Kupili piękne mieszkanie. Bogunia pracowała (ciężko) w rzeźni przy krojeniu mięsa, a Marian jako mechanik w warsztatach autobusowych. Jakoś im się ułożyło. Dzieci chodziły do szkoły. Dorobili się, wyposażyli mieszkanie. 

Kupili nowy samochód - Hondę (na zdjęciu). W tym okresie w sierpniu 1987r. zafundowali nam

wycieczkę do Szwecji. Zaprosili nas do siebie i przysłali na tą intencję 50 dolarów, za które

sfinansowaliśmy wszystkie wyjazdowe wydatki.

Będąc u nich w Malmö bardzo miło spędziliśmy czas. Dziewczynki grały z chłopakami w karty. Chodziliśmy na spacery do lunaparku, nad morze, po mieście i do supermarketów. Uczyliśmy chłopaków śpiewać patriotyczne pieśni. Nawet nie wiem, czy to pamiętają. Od tamtego czasu już tylko raz widzieliśmy się i to przez przypadek. Byliśmy w odwiedzinach u Krzysztofa w Piaskowie i akurat przyjechali: Bogunia, Marian i Szymon z żoną. Piotra nie było. Zapraszaliśmy ich do nas na Mazury. Nie skorzystali z tego zaproszenia. Próbowałam pisać listy, wysłać dziewczynki na wycieczkę, ale nie było odzewu. Trudno... Każdy ma swoje życie i swoje problemy. W przedostatnie święta wysłałam list do Bogdzi i życzenia. Otrzymałam dziwną odpowiedź, więc zrezygnowałam z próby nawiązania kontaktu. Teraz się zastanawiam, że może Bogunia była już chora. To by tłumaczyło sens jej liściku.

 

To jest Boguniu moje pożegnanie z Tobą!

-Basia

Pogrzeb Bogumiły Holki (Pawlik) odbył się 12 września 2009r. w Pniewach.