Red. Barbara Kapturczak

Dnia 02.07.2009r. o godzinie 5.30 wyruszyliśmy (Basia, Marta, Łucia i Kamil) w drogę do Jantara. Po drodze zatrzymaliśmy się w Kętrzynie, Reszlu i Lidzbarku Warmińskim.

Po przyjeździe rozpakowywaliśmy się, a Łucka i Kamil rozstawiali namiot i dmuchali materac. Po wypiciu kawy wybraliśmy się całą gromadą (tzn. ww. czwórka oraz Ania, Radek, Marysia i Jasiu) na plażę nad morze. Największą frajdę miała Marysia, która szalała w falach z ciocią Martą. Wracając zjedliśmy obiad w knajpce. Po powrocie na działkę rodziców Radka "sjestowaliśmy" sobie do wieczora przy winku.
03.07.2009r. Radek, Marta, Łucka i Kamil pojechali do Stegny na zakupy, a ja z Marysią robiłyśmy poranną gimnastykę.
Po śniadaniu ja, Marta, Ania i Marysia wybrałyśmy się na plażę -po drodze zrobiłyśmy małe zakupy. Marysia dostała w prezencie konika-przytulankę. Na plaży dołączyli do nas Łucka i Kamil, ale poszli sobie pospacerować brzegiem morza. Najpierw kąpała się Marta z Marysią, a potem ja z Martą. Fale były kapitalne. Wracając wstąpiłyśmy na pyszne gofry z bitą śmietaną i owocami, a dziewczyny na lody włoskie - świderki. Po powrocie Radek rozpalił grila (byłyśmy głodne jak wilki). Przygotował dla nas pyszności (oprócz kiełbaski była karkówka i pierś kurczaka). Dzieci uganiały się za kotkiem, a dorośli leniuchowali. Gdy Jaś i Marysia zasnęli, wszyscy młodzi poszli sobie na plażę, a ja zostałam z dziećmi. 
04.07.2009r. Troszeczkę rano pokropił deszczyk, ale szybko się wypogodziło. Zdążyliśmy zjeść śniadanie. Lucka z Kamilem poszli wcześniej na plażę. Ja z Marysią znowu przeprowadziłyśmy poranną gimnastykę. Potem dzieci "taplały" się w baseniku, a my odpoczywaliśmy i opalaliśmy się. Potem znowu w czwórkę, bo Radek został z Jasiem (który zasnął) poszłyśmy na plażę. Tym razem morze było spokojne. Dla Marysi Ania zabrała pływaczki, dzięki czemu mogła sama rzucać się na wodę i pływać (oczywiście przy asekuracji cioci Marty). Znowu wracając zatrzymałyśmy się na gofry (tym razem bez lodów). Po powrocie do domku Ania z Radkiem przygotowali obiadek, który wszyscy (bo i Łucka z Kamilem wrócili) zjedli z dużym apetytem. Wieczorem Łucka i Kamil poszli oglądać zachód słońca nad morzem, a cała reszta bawiła się przy domku (Marta puszczała nam muzykę z laptopa). Po kolacji poszliśmy spać.
05.07.2009r. Łucka i Kamil bardzo wcześnie poszli nad morze podziwiać wschód słońca i spotkała ich niespodzianka. Po plaży biegał sobie dzik.

Ja i Marysia znowu się gimnastykowałyśmy. Radek był w sklepie. Młodzi wrócili na śniadanie. Po śniadaniu ja, Marta, Łucka i Kamil poszliśmy nad morze, a "Radki" mieli do nas dojść po drzemce Jasia. Znowu była wspaniała fala, bo wiał silny wiatr. Wyszalałyśmy się z Martą w wodzie do syta. Potem trochę się poopalaliśmy i poszliśmy na przeciw Ani i Radkowi. Zdążyliśmy dojść do domku. Całą gromadą ruszyliśmy nad morze. Po drodze miały być kebaby, ale niestety były tylko dwa, a nas było 6 dorosłych, więc zjedliśmy zwyczajny obiad. Po obiedzie poszliśmy na plażę. Wiał bardzo silny wiatr. Była duża fala. Było już chłodnawo. Na szczęście Ania wzięła parawan, za którym siedzieliśmy. Najpierw Ania z Martą i Marysią poszły, aby Marysia mogła sobie "poszaleć". Po wyciągnięciu jej z wody zajęłam się jej ogrzaniem, wysuszeniem i ubraniem, a dziewczyny szalały w wodzie dalej. Łucka cierpiała, że nie może się kąpać, aż w końcu podjęła decyzję i wskoczyła do wody do Ani i Marty. Woda była ciepła, ale na powietrzu było już zimno. Po wyjściu z wody wszystkie trzy szczękały zębami (najodporniejsza okazała się Marta). Znowu mieliśmy postój na gofry (trochę to trwało, bo w niedzielę strasznie dużo ludzi). Po powrocie do domku nastąpiło pakowanie. Łucka i Kamil jeszcze raz poszli nad morze, a my już poszliśmy spać.
06.07.2009r. pobudka była o godz. 6.30, bo mieliśmy wyruszyć o 7.00. Wypiliśmy herbatkę, pożegnaliśmy się i o godzinie 7.30 wyruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Zrobiliśmy sobie dwa krótkie przystanki i jeden długi w Gierłoży. Zaskoczyła nas super organizacja. Zwiedzaliśmy poniemieckie bunkry. Po dwóch pierwszych zaczęło mnie nużyć pozostałe zwiedzanie. Na szczęście pogoda była piękna i komary aż tak nie dokuczały (pomimo, że byliśmy w lesie). Wróciliśmy do pustego domu , bo Roman był jeszcze na pogrzebie Pana Grabary.