Nasze loty do Singapuru przez Dubaj!

Jaki ten Świat jest mały?! W jednym dniu jestem w Warszawie i w Dubaju, a w następnym w Singapurze i tuż po w Dubaju a przed południem w Warszawie! Przebyłem ponad 20 000 km (pół naszego Świata licząc wokół równika). Mimo, że to było na jawie, to wydaje mi się jakby to był sen.

O 9.00 Zbyszek zabrał mnie samochodem z Jarnic do Warszawy. Na parkingu lotniskowym byliśmy po 10-tej, skąd zawieziono nas na terminal. Odprawiliśmy się. Ku mojemu radosnemu zaskoczeniu dostaliśmy karty pokładowe na wszystkie cztery loty oraz w prezencie po dwa vouchery na darmowe jedzenie w Dubaju! Szok!

  To jest firma!

 

Fotki i klipy 

Fotki i klipy o lotach i samolotach

 

Następnie Zbyszek zafundował nam kawę i długą bułkę z wypełnieniem (smaczna) podzieloną na połowy. Zapłacił tylko...? 70 zł.! Zresztą podczas całej wyprawy Zbyszek tylko płacił. Z terminala podziwialiśmy nasz ogromny samolot (B777) oraz dla porównania dreamlinera (B787) naszego LOT-u. Piękny samolot, ale dużo mniejszy. W końcu przez rękaw weszliśmy na pokład i rozsiedliśmy się i czekaliśmy na start. Samolot długo się rozpędzał, ale jak się uniósł to błyskawicznie nabierał wysokości. Silników o tak potężnej mocy (ponad 50 Ton ciągu) prawie nie było słychać! Wnętrze samolotu ogromne (10 miejsc w rzędzie) i piękne. Zanim zapoznaliśmy się z ekranami przed siedzeniami (słuchałem np. Chopina i Czajkowskiego), stewardesy już roznosiły jedzenie. Było smaczne i pożywne, a napoje do woli (poprosiliśmy o piwo). Szybko nam zleciał czas do lądowania w Dubaju. Samolot lądował bardzo delikatnie i kołował aż na sam kraniec lotniska. Poprosiłem Zbyszka, żeby poczekać aż wszyscy wyjdą, wtedy porobimy sobie zdjęcia. Personel pokładowy (razem z kapitanem) był nieco zmieszany naszym zachowaniem, ale sympatycznie pożegnaliśmy się (rozmawiałem z polską stewardesą). Żałuję, że z wrażenia nie zrobiłem zdjęć, gdyż jedyny raz szliśmy schodami (zawsze rękawami). Wtedy (mimo nocy) widać było potęgę lotniczej maszyny. Stamtąd autobusem jechaliśmy do terminala 3, potem windą, następnie metrem do wyjścia A15. Tam wykorzystaliśmy pierwsze vouchery w Mc`Donald`s -całkiem smaczne. W poczekalni podszedł do nas młody mężczyzna i poprosił o ładowarkę do telefonu (po polsku!). Po rozmowie z nami (też leciał do Singapuru, ale do pracy), kontaktował się internetowo z żoną, której powiedział: "poznałem Panów, którzy lecą do Singapuru tylko dla samego latania?!".

W końcu doczekaliśmy się wejścia do magicznego A380. Siedzieliśmy w drugim rzędzie za kokpitem, przy schodach na piętro. Gdyby mi ktoś pozwolił to ten samolot zwiedzałbym od środka i na zewnątrz przez miesiąc! Przy startowaniu miałem wrażenie, że samolot nie przyśpiesza. Ten kolos długo się rozpędza i bardzo łagodnie się wznosi. Silników praktycznie nie słychać, tylko cichy szum w kabinie! Byliśmy rozpieszczani jedzeniem i napojami (teraz piliśmy wino). Zachmurzenie spowodowało, że widać było tylko "niebo". Za to podejście do lądowania w Singapurze obfitowało krajobrazowo. Multum statków na redzie oraz piękne przejście z morza na ląd. Lądowanie potężnego airbusa było dość "mocne". Czuliśmy ten styk 20-kołowego podwozia z podłożem! Przy wyjściu z samolotu, z rękawa mogliśmy dopiero zobaczyć naszego wielkiego A380. Gdy weszliśmy na terminal to stwierdziłem, że nareszcie normalny (nie jak w Dubaju nie do ogarnięcia). Trochę pierwsze wrażenie mnie zmyliło, bo nie było końca tej budowli. Zbyszek z uśmiechem zadał mi pytanie: "Romek, gdzie polecimy następnym razem?". Było mi bardzo miło... Na terminalu było przyjemnie a nawet chłodno. Jak wyszliśmy z terminala na taki wybieg na dworze to dopiero doświadczyliśmy upału, mimo potężnych wiatraków nad nami. Znaleźliśmy w terminalu wygodne miejsce do odpoczynku i mieliśmy piękny widok na samoloty. Nadszedł czas powrotu dokładnie tym samym samolotem A380 (A6-EOA). Czekał nas całkowicie nocny lot, który uczciliśmy odrobiną whisky. Trochę drzemaliśmy, ale ruch załogi (stewardów oraz pilotów) często niezbyt cichy, budził mnie często. Nawet ciągłe turbulencje (nad Zatoką Bengalską i Morzem Arabskim) nie przeszkadzały, raczej usypiały?! Jednak mimo braku snu czułem się fantastycznie w tej cudownej maszynie! Aż trzy toalety mieliśmy "pod nosem", zaraz za kokpitem, czyściutkie i pachnące. Po wykonaniu trzech okrążeń przed lotniskiem w Dubaju (ogromny ruch samolotów), dostaliśmy się w kolejkę samolotów do lądowania i po wykonaniu "eski", wylądowaliśmy, też z przytupem jak przystało na tą ogromną maszynę. Terminal 3 był pełen ludzi, ale nie czuło się tłoku. Odnaleźliśmy nasz gate 26 do lotu do Warszawy. Potem zjedliśmy smaczny i ciepły voucherowy posiłek w Burger King. W oczekiwaniu na lot, wymyśliliśmy, że na zmianę w pojedynkę połazimy po terminalu (jeden zostaje z bagażami). Zbyszek po swojej wycieczce zauważył, że nastąpiła zmiana gate z 26 na 20. Po przejściu do ogromnej poczekalni przed wejściem do  naszego samolotu, mogliśmy widzieć przygotowania do lotu. Trochę mnie przeraziła duża ilość frachtu ładowana na potężnych samolotowych paletach. Przy kołowaniu naszego B777 mogłem podziwiać całe lotnisko i startujące samoloty. W kolejce samolotów do startowania przyszedł czas na nas. Przejechaliśmy prawie cały pas, zanim uniósł się w powietrze. W momencie wznoszenia końcówki skrzydeł dość mocno się uniosły! Mogłem obserwować Dubaj z wieżą Chalifa (Burdż Chalifa) i sztucznymi wyspami na czele. Lot przebiegał bardzo spokojnie i mięciutko wylądowaliśmy na lotnisku Chopina. Po wyjściu z lotniska, dowiezieniu na parking lotniskowy, wróciliśmy samochodem Zbyszka do Węgrowa. Tam Renatka poczęstowała nas przepysznym dwudaniowym obiadem.

Wycieczka odbyła się zgodnie z planem i w miłej atmosferze.

Ze Zbyszkiem można podróżować na koniec Świata -to nie jest powiedzenie, to jest stwierdzenie rzeczywistości!

 

Te realia były możliwe dzięki wspaniałym, mądrym i charyzmatycznym ludziom, których nie znam i nie zna cały świat?! Moim marzeniem (następnym, bo już spełniłem te marzenia lataniem tymi wspaniałymi olbrzymami) jest spotkać i poznać tych fantastycznych twórców samolotów. Wstydzę się, że ich nie znam! Sam tego doświadczyłem, że realne osiągnięcia nic nie znaczą, liczą się tylko tacy, którzy w sposób arogancki i bezczelny się zaprezentują.