1984 rok... Ja dyrektorem SP  we Wronkach.   fotki

30 lat temu zostałem dyrektorem szkoły we Wronkach.
Moja kariera pedagogiczna zaczęła się od 1 września 1981 roku. Po roku i 2 miesiącach pracy udałem się na dwuletni urlop wychowawczy (tzw. wałęsowski).

Basia, która już "dusiła się" ciągłą izolacją od pracy zawodowej (od stycznia 1980 roku do września 1982 roku) oraz od ludzi, szczególnie na nowym naszym mazurskim miejscu. Początkowo udało się załatwić opiekunkę do dzieci (tylko 14 godzin lekcyjnych w tygodniu). Te czasy powodowały wielkie trudności w zatrudnieniu opiekunki, mimo atrakcyjnych warunków pracy. 14 godzin (po 45 minut) w tygodniu za 1000 zł (1/5 mojej pensji). Wtedy nikomu nic się nie opłacało, wiele kobiet i dziewcząt "siedziało" w domu. Dało się słyszeć opinie: "nie będę wycierać tyłków obcym dzieciom"...  A byliśmy nauczycielami i to jedynymi z wyższym magisterskim wykształceniem. Ponadto ja już byłem "uznanym i lubianym" nauczycielem. Za parę lat (w 1989 roku) okazało się, że większość, szczególnie kobiet była bezrobotnymi...?!
Opiekunka (mama dyrektorki szkoły) pracowała tylko miesiąc, bo jej się nudziło... Wtedy awaryjnie przyjechał mój kochany i wspaniały Teść, który przez miesiąc opiekował się naszymi małymi dziećmi (Ania 2,5 roku, Łucka roczek). W 1984 roku, jednogłośnie (za wyjątkiem jednego głosu, byłej dyrektorki, która z różnych względów była moim adwersarzem) zostałem wybrany na dyrektora SP we Wronkach. Inspektor Oświaty i Wychowania mgr Jan Jeżewski podjął decyzję o przyśpieszonej procedurze na nauczyciela mianowanego.

Był to warunek bycia dyrektorem szkoły. Byłem wtedy szczęśliwy i dumny z tej nominacji. Jednak trudności spowodowały, że po pół roku złożyłem wniosek o rezygnację z tej funkcji! Już 1 X 1984 roku zostałem wysłany na dwumiesięczne szkolenie na kwatermistrza do WSOSK w Poznaniu. Po powrocie (po rządach mojej zastępczyni H.C. i pracy palacza B.C.) trudności mnie przerosły! Bałagan w dokumentacji szkoły, źle wydatkowane pieniądze, kompletnie idiotyczne rozliczenia z dożywiania i wiele innych (efekt pracy tymczasowej zastępczyni). Brak paliwa do CO już 1 grudnia (było ponad 3 tony koksu), w szkole zimno i dymno. Z kotła CO wypływała smoła?... (w święta bożonarodzeniowe wypalałem kocioł i kompletnie zasadzony komin -iskry widać było ponad 10m nad kominem!). Sam miałem "stracha", ale moja teściowa, która mi towarzyszyła wpadła w panikę. Braki w wyposażeniu szkoły (np. brak szyb w podwójnym oknie pokoju nauczycielskiego, które zaobserwowałem nad drzwiami garażowymi zainteresowanego), zdezelowana wieloczynnościowa obrabiarka do drewna itd. skutkowały postraszeniem zgłoszenia na milicję, a w konsekwencji zerwaniem umowy o pracę! Żeby tego nie było dość, w lutym 1985 roku były potworne i długotrwałe mrozy bez opadów śniegu. Skutkowało to zamarznięciem rurociągów wodnych (przez zapowietrzającą się pompę) do domu nauczyciela (instalację wykonał ww. palacz, jako wtedy fachowiec hydraulik). Moją bezradność wykorzystał były już palacz CO, który skonsolidował wszystkich mieszkańców (bez mojej wiedzy i przyzwolenia) do bezskutecznych działań (bezmyślnych...!) Wycieli kilka drzew do odmrożenia ziemi (przy ognisku pełnili całodobowe dyżury). Nawet moja żona była wtedy przeciwko mnie. Skuteczne odmrożenie instalacji załatwiłem dopiero ja, zastawiłem ogromne pieniądze (20 000 zł.). Firma zobowiązała się: woda będzie -koszt jak wyżej, wody nie będzie -zero kosztów. W tych trudnych ekonomicznie czasach pojawili się ludzie przedsiębiorczy, którzy podjęli to ryzyko z powodzeniem -byli mądrzy! Na szczęście nasz Inspektor OiW zwrócił mi pieniądze.
Moje koleżanki z rady pedagogicznej, które jednogłośnie wybrały mnie na to stanowisko, chyba mniemały, że za moich rządów będzie tylko "luz". Wszelkie moje inicjatywy były kwestionowane, jeśli wymagały choć trochę zaangażowania. Dużo energii razem z Basią wkładaliśmy w rozwój naszej szkoły, biorąc gro pracy na siebie. Nawet usprawnienia ograniczające zbędną pracę budziły sprzeciw?!
Moją rezygnację ze stanowiska dyrektora (styczeń 1985r.), inspektor określił jako niepoważną. Swoją pracę na tym stanowisku "dociągnąłem" do 1987 roku. Na szczęście pojawiła się "Syrena", która odciągnęła mnie od tej ... pracy. Do ~12-tej pracowałem w szkole, a potem do remontu samochodu. Były często "zabawne" sytuacje. Spotkanie z Sanepidem, gdy byłem cały ubrudzony w smarach dawał smaczek tamtych dni.
Oczywiście miałem wielkie plany i marzenia dotyczące szkoły. Przede wszystkim chciałem rozebrać budynek do parteru i wybudować piętro z lepszym wykorzystaniem powierzchni, z sanitariatami w budynku. Miałem nawet zapewnienia kuratorium w Suwałkach. Okazały się mrzonkami...
Basia i Pani Romualda Bugieda (najstarsza z nauczycielek) oraz inspektor OiW byli przeciw mojej rezygnacji. Ile musiałem się napracować, żeby "wepchnąć" na to stanowisko J.P.. Potem musiałem doświadczyć wiele niesympatycznych i niesłusznych decyzji z jego strony.
Mimo czary goryczy, które tu wylałem (może tylko ~10%) jestem szczęśliwy z tak przeżytych tamtych czasów.
Roman Kapturczak