Syrena 105 -Basi opis tamtych pięknych czasów...

148^ 04.12.2013

Dawnych... Syrena

-zobacz fotki

 

Pierwsza jazda
Jak wreszcie udało się Romanowi złożyć syrenkę (po roku ciężkiej pracy) wybraliśmy się całą rodziną do garażu. Był to luty 1986 roku- zima w pełni, mróz, śnieg. Mój kochany mąż nigdy nie prowadził samochodu w zimowych warunkach. Roman z dziewczynkami wsiedli do samochodu, a ja miałam zamknąć garaż jak wyjedzie. I tak się stało. Tylko, że po zamknięciu garażu syrenka z moją rodzinką zniknęła. Byłam wściekła. Krzyczałam ze złości. Mój mąż na próbną przejażdżkę wybrał się beze mnie. Dlaczego? Jak się później okazało: jak już ruszył, to nie chciał się zatrzymywać, aby nie ugrzęznąć w śniegu. Jak tak czekałam aż wrócą (czas dłużył się nieskończenie) zamartwiałam się, aby nic im się nie przytrafiło. Ruch na drogach w tamtych czasach był prawie żaden. Prędkość z jaką Roman jechał była mała, ale "strach ma wielkie oczy". Jak już Roman wrócił to okazało się, że nie ma ładowania i nie można było dalej jeździć aby nie rozładować akumulatora. To był koniec pierwszej przejażdżki. Najeździłam się, że ho... ho... . Byłam "zachwycona"... Zabrałam dziewczynki do domu, a Roman rozpoczął poszukiwania przyczyny braku ładowania. Wszystko sprawdził i okazało się, że wszystko jest prawidłowo zamontowane. Siedział potem w książkach i myślał, aż w końcu eureka. Przyczyna była prosta do usunięcia, ale trudna do znalezienia. Okazało się, że "próbnikiem" przemagnesował (zmienił kierunek szczątkowego pola magnetycznego) magneśnicę prądnicy. Naprawa była szybka, prosta i skuteczna.

 

Malowanie
Roman przed zamontowaniem wszystkich blach do ramy syrenki: czyścił je, szpachlował i malował farbą podkładową. Jak wszystko było już zmontowane, a samochód był sprawny (sprawdzony) i miał już zrobiony przegląd techniczny należało go pomalować. Czekaliśmy tylko na odpowiednią pogodę, bez wiatru i bez deszczu. Od Marka Zakrzewskiego dostaliśmy w prezencie specjalną farbę do malowania samochodów (w tamtych czasach niedostępną dla przeciętnego klienta). Zabrałam się wówczas do oklejania wszystkich gum, szyb, lamp, ozdób i emblematów, aby pomalować tylko blachy (nie "zapaćkać" całego samochodu). Cały dzień bawiłam się z tym oklejaniem. Następnego dnia rano, uzbrojeni w maski uszyte przeze mnie z gazy, zamknęliśmy się w garażu i zabraliśmy się do malowania. Roman pożyczył sprężarkę (kompresor) od Romana Truszczyńskiego (naszego kolegę i lekarza). Niestety sprężarka ta trochę szwankowała (nie dawała rady utrzymać wysokiego ciśnienia). Musiałam stać przy niej i meldować Romanowi kiedy musi przestać pryskać farbą z pistoletu, bo jest już za słabe ciśnienie. Jak ciśnienie wzrosło do określonej wartości krzyczałam mu (sprężarka głośno warczała), że może malować. Jak ciśnienie spadało krzyczałam: stop i tak to trwało dosyć długo, aż nie pomalowaliśmy całego samochodu. Efekt był rewelacyjny. Mieliśmy tylko jedną przerwę, a mianowicie ciekawość przyciągnęła pana Józefa Bugiedę i zapukał do drzwi garażu z pytaniem co my robimy. Roman wpuścił pana Józefa do środka i niestety w jego obecności zrobił się Romanowi jeden zaciek, na prawych drzwiach. W czasie malowania mój mąż wykazał się nie lada kunsztem. Farbę należało kłaść cienką warstwą, żeby nie powstawały zacieki, ale nie za cienką, aby nie była matowa, tylko błyszcząca (żeby miała połysk). Muszę przyznać, że udało mu się to w 100%. Syrenka wyglądała jak nowa. Po wyschnięciu lakieru pozdejmowaliśmy oklejenia i efekt był wspaniały. Byliśmy bardzo szczęśliwi -nasz pierwszy samochód był teraz nie tylko sprawny, ale i ładny. Dzieci szkolne, ze względu na kolor -ciepły żółty i ze względu na pracę silnika, nazwały naszą syrenkę "Złotym Szerszeniem". Była to bardzo sympatyczna nazwa, którą później używaliśmy sami.

 

Pierwsza podróż
Dokładnie nie pamiętam daty, ale pamiętam, że był to maj'1986r. i była cudowna pogoda. Byliśmy zaproszeni na komunię Kasi Gasikowskiej do Unisławia. Dokładnie zaplanowaliśmy sobie całą wycieczkę. Poprzedniego dnia przed wyjazdem zapakowaliśmy wszystkie bagaże do samochodu. Na tylnym siedzeniu zrobiliśmy łóżko dla Ani i Łuci. Miejsce na nogi wypełniliśmy torbami podróżnymi, uzyskując w ten sposób szerokie legowisko. Przygotowaliśmy również kanapki i herbatę do termosu. Zjedliśmy kolację i poszliśmy spać. Emocje nie pozwoliły nam zasnąć. O godzinie 3 w nocy Roman przeniósł śpiącą Anię i Łucię do samochodu. Otuliłam je kołdrą i spały dalej. Zamknęliśmy dom i wyruszyliśmy w naszą pierwszą podróż. Pierwszy przystanek na jedzenie i "siusianie" odbył się na parkingu w lesie za Olsztynem. Był piękny słoneczny ranek. Dziewczynki obudziły się. Zrobiliśmy sobie piknik na świeżym powietrzu. Na tym samym parkingu zatrzymali się państwo podróżujący również syrenką. Okazało się, że kierowca nie mógł uruchomić samochodu i poprosili nas o pomoc. Mnie posadzono za kierownicą, a ten pan z Romanem "wzięli syrenkę na pych". Udało się ją uruchomić i odjechali. Nasza syrenka zapalała od jednego drgnięcia kluczykiem w stacyjce. Roman mógł być dumny. W czasie dalszej jazdy dziewczynki już nie spały, tylko bawiły się. Miały w plecaczkach zapakowane różne zabawki, grały w karty, podziwiały widoki. Rok przed naszą podróżą byli u nas Mirka i Władek Sosińscy z wnuczką Agnieszką. Jak Władek zobaczył "rozbebeszoną" syrenkę, to powiedział Romanowi, że da mu 500 zł, a on zabierze ją na zabawkę dla wnuka. Wspomniałam to z premedytacją, bo jak podjechaliśmy pod dom Sosińskich w Piwnicach, to ten sam Władek nie mógł "wyjść z podziwu" jak pięknie "wyszykowaliśmy" naszą syrenkę. Roman odbierał zasłużone pochwały. Przyjechaliśmy dzień wcześniej ponieważ nocleg zaplanowaliśmy u Mirki i Władka. Następnego dnia wszyscy pojechaliśmy do Unisławia. I komunia św. Kasi okazała się ogromnym przyjęciem -prawie weselnym -było dużo gości i wspaniałe jedzenie. Niestety nie można najeść się na zapas. Roman w ferworze zabawy zaproponował Lucynce Piechockiej, że możemy na miesiąc zabrać Magdę do Wronek. Ponieważ trwał jeszcze rok szkolny postanowiliśmy, że będzie chodziła do naszej szkoły. Ze względu na to, że Roman wypił trochę alkoholu, ja musiałam być kierowcą. Do dnia dzisiejszego nie lubię jeździć po Bydgoszczy, a jeszcze po zmroku to zupełna klęska. Jednak czegóż nie robi się dla męża i jego pomysłów. Zajechaliśmy do Piechockich, gdzie przekonywanie Stacha do wyjazdu Magdy trwało dosyć długo. Telefonów nie było, więc nie powiadomiliśmy Sosińskich, że wrócimy późno i z Magdą Piechocką. Droga z Bydgoszczy do Piwnic była dla mnie drogą przez mękę. Jeszcze Roman wymyślił jakiś skrót (beznadziejna nawierzchnia drogi) i jechaliśmy dwa razy dłużej. Jechałam bardzo wolno w nieznanym terenie po nocy. Jak zajechaliśmy do Piwnic, to wszyscy już spali. Musieliśmy ich obudzić. Było nieprzyjemnie. Następnego dnia rano ruszyliśmy w drogę powrotną do domu. Na drogę powrotną kupiliśmy wszystkim dziewczynkom po półkilogramowej paczce krówek. Podróż powrotna była trochę bardziej męcząca. Syrenka ani na moment nas nie zawiodła. Spisywała się świetnie. Jak się rozchodziła na trasie, to tą 80-tką sunęliśmy aż miło.