Syrena 105 -poczesne miejsce w naszej historii!

154^ 12.02.2014

Basi... o Syrenie

-zobacz fotki

Gdy studiowałem, otrzymywałem stypendium w wysokości 700,-. Mogłem wtedy wpłacać na "malucha", czyli fiata 126P po ~500 zł. miesięcznie. Po około 4 latach miałbym nowy samochód. Jednak moje myślenie wtedy było bardziej romantyczne niż realistyczne... Twierdziłem wówczas, że jak będę inżynierem to sobie kupię mercedesa. Jednak rzeczywistość okazała się bardziej okrutna, ...i po 6 latach kupiliśmy ruinę (z głównych "usterek" wymienię tu tylko: wycieki z układu chłodzenia (~litra do Olecka), cała karoseria miała uszkodzenia..., układ kierowniczy miał naderwane umocowanie, hamulce: hydrauliczny i ręczny nie działały, luzy na wszystkich sworzniach i na łożyskach, rdza była wszędzie...) leciwej już wtedy Syreny (za 8 moich dyrektorskich (dyrektor SP) pensji). No cóż, pragnienie własnego środka lokomocji, owocowała ogromną motywacją do renowacji tej ruiny.

Zdemontowanie wielu części było wielkim wyzwaniem. Błotniki, przykręcane śrubami nie można było odkręcić, gdyż nakrętka śruby znajdująca się od strony nadkola była umocowana zgrzanym do blachy kołnierzem. Łatwo sobie wyobrazić, że przy montażu błotników było to dobre rozwiązanie. Jednak przy demontażu, odkręcenie było nie możliwe, gdyż nakrętka obracała się wskutek korozji śruby, nakrętki i jej umocowania. Musiałem wszystkim śrubom ściąć łebki. Wierciłem w nich otwory, żeby zerwać łby śruby bez uszkodzenia blachy błotnika. Była to bardzo mozolna i stresująca praca, gdyż często śruby obracały się podczas wiercenia. Dzisiaj użyłbym tzw. "flexa". Wtedy dopiero budowałem warsztat narzędziowy. Jako mgr inż. chemik uczyłem się dopiero mechaniki (miałem tylko doświadczenie w budowie modeli latających -ale to inna bajka...). Wiertarka, która posłużyła mi w tamtym czasie, jest jedyna i działająca do dzisiaj!

Generalnie samochód postawiłem na drewnianych klocach. "Rozebrałem" wszystko, została tylko rama z budą i z szybą przednią i tylnią. Determinacja w uzyskaniu własnego sprawnego samochodu dała mi i Basi motywację do działań ekstremalnych. Z perspektywy czasu, czuję jakbym opowiadał o surrealistycznych sprawach. Tyle myśli i pamięci tłoczy mi się, że często nie wiem co wybrać do opisu tamtych dni. Może jeszcze wspomnę o tym, że: byłem wtedy dyrektorem szkoły, a moja wtedy sytuacja była okazją do kpin. Koleżanki z pracy (nauczycielki) śmiały się ironicznie, że chodzę do swojej panienki (przyp. Syrena).Pracę "dyrektorską" "odwalałem" do 12-tej, a potem do realizacji marzenia. Pamiętam jak mnie zawołano, bo Sanepid przyjechał. Ja cały ubrudzony w smarach rozmawiałem z Panią, która nie kryła swojego zdziwienia. Ludzie ze wsi wyrokowali, że on nigdy nią nie wyjedzie, a najstarszy szwagier Władek dawał mi 5000,- (kosztowała nas 80000,-), że da swoim wnukom do zabawy. Przypomnę, że jako dyrektor SP zarabiałem wtedy ~10000,-. Jednak pomoc mojego nieodżałowanego Teścia i szwagra Marka (pożyczył mi 40000,-) skutkowały w realizacji naszych marzeń. Marek sprezentował nam także specjalistyczną farbę do pomalowania. Do dzisiaj pamiętam jak na stacji CPN w Szamotułach, pracownik tej stacji powiedział (z silnym akcentem regionalnym): "Panie, gdzie jeszcze produkują nowe Syreny?!".

 

Po ciężkich pracach demontażowych: ściąganie łożysk, demontaż silnika , skrzyni biegów itp. przystąpiłem do renowacji części. Wszystkie blachy: buda, drzwi, błotniki oraz maski silnika i bagażnika skrobałem z rdzy, szlifowałem papierem ściernym a na końcu prostowałem. Trudno doszukać się było powierzchni blach bez wgnieceń i uszkodzeń. Po zamontowaniu części blaszanych szpachlowałem, szlifowałem i malowałem farbą podkładową.

Elementy zawieszenia: resory, wahacze, zwrotnice, bębny hamulcowe, oś tylnią czyściłem z rdzy i ze smarów benzyną (po wcześniejszym zdemontowaniu łożysk, tulei mocujących, przegubów homokinetycznych i krzyżakowych). Bębny hamulcowe rozłożyłem całkowicie na: bębny cierne (szlifowałem powierzchnie cierne), szczęki (które prostowałem i wymieniłem okładziny cierne metodą nitowania), tłoczki hamulcowe (szlifowałem powierzchnie wewnętrzne i wymieniłem gumy uszczelniające do tłoczków i osłonowe). Na uwagę zasługuje tu fakt, że przez jeden z cylindrów tłoczka hamulcowego przeszła mysz i... "nasikała", powodując wżery. Wiele musiałem szlifować drobnym papierem ściernym, żeby powierzchnia była gładka i lita. Od tego zależała szczelność tłoczka. Wszystkie przewody hamulcowe zostały wymienione na nowe. Hamulec ręczny był całkowicie skorodowany. Przecinakiem usunąłem go całkowicie i zrobiłem od nowa stosując połączenia śrubowe (linkę wstawiłem też nową). Działający i skuteczny hamulec ręczny w Syrenach był czymś wyjątkowym! Miałem pompę hamulcową jednoobwodową (na przód i tył), która też była przeze mnie naprawiana.

Kupiłem specjalnie duży ściągacz do łożysk, żeby zmienić je w kołach przednich. Po zdemontowaniu całej armatury silnika i skrzyni biegów z mechanizmem różnicowym wymontowałem silnik. Miałem zapewnienie, że wał jest świeżo po regeneracji. Ograniczyłem się więc do wymiany uszczelek (głowicy, bloku), simeringów oraz pierścieni na tłokach. Przyszłość (po przejechaniu ~10000 km) pokazała, że zatarł się wał na łożyskach wałeczkowych korbowodu! Tu też mam co napisać...

Naprawiłem układ zapłonowy, a w tym: wymiana kowadełek przerywaczy, kondensatorów, cewek zapłonowych, przewodów wysokiego napięcia i fajek na świece zapłonowe. Sprzęgło i rozrusznik też potrzebowały mojej dokładnej ingerencji. W sprzęgle trzeba było wymienić okładziny cierne (mocowane były nitami). Łapy wyciskające sprzęgło na łożysku oporowym były wytarte nierównomiernie -wymieniłem je i wyregulowałem jednakowy nacisk na te 3 łapy. Rozrusznik kosztował mnie dużo pracy i stresów.

Koło zębate rozrusznika miało problemy z zazębianiem się z zębatką koła zamachowego silnika. Problemem był tzw. "bendiks", czyli elektromagnes sprzęgający oba koła zębate. Okazało się, że przewód cewki elektromagnesu zwierał się z obudową. Ponadto wymieniłem szczotki komutatora. Cały rozrusznik poddałem gruntownej renowacji - łożyska toczne tuleje ślizgowe i potem działał bez zarzutu...

 

Skrzynia biegów jest oddzielnym rozdziałem, jej demontaż, zrozumienie działania, wymiana zużytych części i w końcu montaż zajęły mi całe wakacje!

Co w niej zrobiłem? Och, nie wiem czy do końca pamiętam? Wymieniłem wszystkie pierścienie synchronizujące (tzw. synchronizatory), łapy przesuwające koła zazębiania biegów 1-2 i 3-4.

Uszczelki wykonywałem samodzielnie z różnych materiałów. Łożysko oporowe wymyłem i przesmarowałem. Montaż wszystkich kół zębatych, synchronizatorów, łożysk na wałkach napędowym i zdawczym i umieszczenie ich w obudowie było nie lada wyzwaniem! Do dziś jestem dumny z tej swojej pracy!

Cały czas mam wrażenie, jakbym nie do końca opisał wszystko co robiłem.

Tyle mam do opowiedzenia, a tak trudno to opisać. Tylko Basia wie (pewnie nie do końca, co ja robiłem) ile czasu i energii poświęciłem temu naszemu pierwszemu samochodowi. Było to wyzwanie tamtych czasów i jestem dumny, że temu sprostałem!

Nie sposób opisać wszystko, co robiłem, co przeżywałem wtedy. Pracowałem do późnych godzin nocnych w pomieszczeniu, które ogrzewałem tzw. "kozą". Wszystkie części oczyszczone przynosiłem Basi do malowania.

Basia natomiast zrobiła całą tapicerkę wnętrza samochodu! Siedzenia przednie i tylnie obciągnęła tzw. dermą, pokrywy drzwi i wnętrza wykonała z płyty pilśniowej. W niej wierciła otwory, żeby przeszyć do niej dermę! Dzisiaj wydaje się to surrealistyczne?! Mamy na koncie wiele takich działań, które nie są do pojęcia, dzisiaj w szczególności...

Po wykonaniu ogromnej pracy (zajęło mi to prawie rok) przyszedł czas na inauguracyjny wyjazd. Było to w połowie lutego 1986 roku, było mroźno i śnieżno. Jednak marzenie pojechania własnym samochodem (nie raz siadałem za kierownicą, gdy samochód stał jeszcze na klockach) przyćmiło te niedogodności całkowicie! Początki były piękne a zarazem trudne. Wiele urządzeń należało poprawić. Paliwo przelewało się przez gaźnik (zawór iglicowy nie trzymał). Próbowałem wyciekające paliwo zebrać do "plastikowego" kubeczka. Jednak ten rozpuścił się i po paliwie... Okazał się brak ładowania akumulatora. Sprawdzając uzwojenia prądnicy (bateria z żarówką -taki wtedy miało się sprzęt diagnostyczny) przemagnesowałem pole magnetyczne szczątkowe. Wiele kupiłem książek i wyedukowałem się na ten temat. Wystarczyło podłączenie baterii 4,5 V, żeby uzyskać szczątkowe pole magnetyczne o odpowiednim kierunku w uzwojeniach prądnicy i po problemie. Pompa tłocząca płyn z komór silnika do chłodnicy miała nieszczelności (mimo, że wymieniłem w niej uszczelniacze i łożyska). Kupiłem kompletną pompę i po problemie.

 

Do maja 1986 roku jeździliśmy nie pomalowaną Syreną (miała wiele plam farby podkładowej). Mimo, że była całkowicie sprawna technicznie (co na tamte czasy było czymś wyjątkowym) musieliśmy przeżywać niepochlebne opinie o naszym samochodzie. Mój kochany szwagier Marek przysłał mi świetną farbę. Przez cały dzień z Basią malowaliśmy nasze motoryzacyjne cacko. Mieliśmy pożyczony od naszego wronkowskiego lekarza kompresor. Nie był on dobrym sprzętem, musieliśmy przerywać pracę, gdyż nie wytwarzał odpowiedniego ciśnienia. Zrobiłem tylko jeden zaciek (trzeba było wypośrodkować między połyskiem lakieru a tworzeniem się zacieku). Wynikł on z odwiedzin naszego sąsiada, ciekawego, co my tu robimy? Efekt pomalowania był piorunujący!!! Po pierwsze, Basia przez dwa dni starannie okleiła cały samochód. Zatem nie zostały umalowane części łączeń blach i gumowych uszczelek. Mimo masek z gazy i waty, przez parę dni ślina nasza była żółta.

Takim pięknym samochodem pojechaliśmy na komunię Kasi, mojej chrześniaczki. Najwięcej komplementów usłyszałem od najstarszego szwagra Władka. Do dzisiaj wspominamy cudowny rosół zrobiony przez moją Mamę.

Nasz samochód dał nam wiele cudownych przeżyć.

Przed wyjazdem do naszych rodzin robiłem przegląd: sprawdzałem wszystkie umocowania zawieszenia i wiele innych...

Sam sposób wyjazdu wymagał wielu zbiegów. Miałem cały zbiornik (35 litrów) oraz 20 litrowy kanister w bagażniku przygotowany do wyprawy. Dzieci (Ania i Łucka) śpiące, przenosiłem do Syreny ~3-ciej w nocy. Ze śpiącymi dziećmi na tylnim siedzeniu ruszaliśmy w podróż do rodzin.

W pierwszym naszym wyjeździe zatrzymaliśmy się na parkingu za Olsztynem. Tam spotkaliśmy innych użytkowników tego wyjątkowego pojazdu. Jednak ich samochód sprawnością odbiegał zasadniczo od naszego. Byliśmy dumni...

Użytkowaliśmy nasz pierwszy, okupiony ciężkim wysiłkiem samochód od lutego 1986 do kwietnia 1993 roku. Nigdy nas nie zawiódł, choć wymagał wielkiej troski w obsłudze. Byliśmy nim wiele razy w Bydgoszczy i okolicach oraz w Szamotułach, w Warszawie, w Świnoujściu, w Kaliszu itd....

Wrażeń z tamtych czasów w mojej głowie jest dużo więcej... Może Basia coś tu dorzuci?...