W Szamotułach u Babci Janki

fotki z odwiedzin w Szamotułach

 

Janina Makowska, seniorka rodu...

Młodzi postanowili, że po ślubie pojadą do Szamotuł odwiedzić Babcię...

Relacja Basi z tej wyprawy:

Łucia i Kamil zaplanowali sobie po ślubie wycieczkę do babci Janki do Szamotuł. Niespodziewanie w piątek 23.08.2013r. wpadłam na pomysł, że ja i Marta możemy pojechać z nimi odwiedzić babcię. Wyruszyliśmy 24.08.2013r. o godzinie 8.00 rano. Droga do Szamotuł upłynęła nam bardzo sympatycznie. Była piękna pogoda. Zatrzymywaliśmy się na posiłki, lody i inne potrzeby 5 razy. Oczywiście był również "obowiązkowy" postój w Kurzętniku. Zrobiliśmy trochę zdjęć i już bez przystanków wyruszyliśmy do Szamotuł. Krzysztof i Iza już na nas czekali z kawką i przepysznym jak zawsze ciastem autorstwa Izabeli. Moja mama czekała na nas już od rana. Rozmowom nie było końca aż do godziny 2.00 w nocy. Zawsze były dwie grupy dyskusyjne, tylko dyskutanci trochę się mieszali (zmieniali). W niedzielę (jak już się wyspaliśmy) po pysznym śniadaniu i po pogawędce z mamą wyruszyliśmy na grób taty i krótkie zwiedzanie Szamotuł (co widać na zdjęciach). Dziewczyny miały okazję poznać Franka. W parku przy Baszcie odbywał się jakiś festyn. Ok. godziny 15.00 wróciliśmy na wystawny obiadek przygotowany przez Izę. Po obiedzie Marta i ja robiłyśmy przegląd mamy kartonów. Znalazłyśmy dużo wspaniałych dokumentów o historycznej wartości. M. in. mamy świadectwa szkolne z okresu II wojny światowej z Generalnej Guberni. Znowu na rozmowach i opowiadaniach mamy zleciał nam czas do godziny 1.00 w nocy. W międzyczasie Krzysztof ugrillował nam kiełbaski i boczek na kolację. Było zimno, więc jedliśmy w domu. W poniedziałek raniutko Krzysiu "oporządził" mamę i pojechał do pracy. Izabela pojechała rowerem po świeże bułeczki na śniadanie (i do pobrania krwi do badania). My jeszcze wtedy spaliśmy. Zanim Łucia z Kamilem się obudzili, ja z Martą poszłyśmy spacerkiem na rynek do bankomatu. Po śniadanku i końcowych rozmowach z mamą ruszyliśmy ok. godziny 12.30 w drogę powrotną do domu. Tym razem nasze postoje były trochę krótsze. W domu byliśmy ok. godziny 22.00. Muszę jeszcze dodać, że następnego dnia rano wyruszyliśmy (Roman, ja i Marta) w drogę nad morze do "naszego" Chłapowa, ale to już inna bajka.