29 września 1981r. wczesne godziny poranne. Leżę w szpitalu w Olecku na porodówce. Świeci cudowne słońce, które daje uczucie ciepła. Jestem pod opieką położnej (młodej) mojej imienniczki (nazwiska nie pamiętam). Przy jej pomocy i cierpliwości, spokojnie i bezstresowo o godzinie 8.20 przychodzi na świat nasze drugie dziecko - druga dziewczynka - pomimo tego, że wszystkie znaki na niebie i ziemi świadczyły o tym, że będzie to chłopiec (USG nie było rozpowszechnione). Nasza Łucja Beata okazała się słodkim łakomczuszkiem. Piła mleczko z dobrym zassaniem i słodko zasypiała. Położne zabierały wtedy maleństwo. Leżałam w skrajnym pokoju, za którego ścianą mieściła się sala noworodków. Całe noce słyszałam płacz niemowląt. Prosiłam, żeby przyniosły mi moje dziecko, to na odczepnego mówiły mi, że moja nie płacze tylko śpi. Nie było to zbyt przekonywujące. Nieznany szpital, nieznani ludzie, brak znajomości, brak jakiegokolwiek kontaktu z rodziną (Romanem i tatą), tęsknota za pierworodną ponad 1,5 roczną Bubą i bolesne wysłuchiwanie płaczu maleństw za ścianą powodowały u mnie załamanie. Na szczęście w pokoju ze mną leżała dziewczyna w podobnym wieku, która urodziła również drugie dziecko. Wspierałyśmy się. Jednak ją (na własną prośbę) wypisali ze szpitala w sobotę. Ja sama w pokoju zostałam jeszcze do poniedziałku. Obie (ja i Łucia) szczęśliwe wreszcie w poniedziałek "wyszłyśmy na wolność". 
W nowym miejscu, w trudnych czasach, w złych warunkach mieszkaniowych (mieszkanie na poddaszu, pokój i kuchnia, bez wody, ogrzewanie piecami kaflowymi) rosły nasze dziewczynki. W styczniu 1982r. byliśmy na ślubie mojego jedynego brata w Szamotułach. Zaznaczam, że trwał stan wojenny i obowiązywała godzina policyjna. Nasze córeczki zostawiliśmy pod opieką trzech młodych dziewczyn (świeżo "upieczonych" nauczycielek). Dzisiaj bym tego nie zrobiła. Młodość jest trochę zwariowana i mniej odpowiedzialna. Po powrocie pamiętam obrazek: dwie starsze dziewczyny Krysia i Małgosia były w szkole, a najmłodsza Małgosia siedziała w zimnym pokoju. Kosz z maleńką czteromiesięczną Łucią stał na podłodze. Jak ją z niego wyjęłam była zsiusiana "po uszy" i lodowata. Dużo sobie w duchu na wyrzucałam...
Kiedyś małe Ania i Łucia bawiły się w pszczółki. Ania stwierdziła, że nazywa się Maja, więc ja do Łuci powiedziałam, że jest Guciem. Na to ona "ja nie jestem Gucio, ja jestem tina". Trochę większa Łucia uczyła się jeździć na rowerku. Jak już radziła sobie bez kija za siodełkiem poszliśmy z dziewczynkami na asfalt jelonkowski (ruchu na drodze w tamtych czasach wcale nie było). One jeździły, a ja z Romanem patrzyliśmy na ich popisy. W pewnym momencie Łucia się wywróciła. Nam dech zaparło, ale zanim zdążyliśmy cokolwiek zrobić ta mała "srela" wstała i krzyknęła: "rodzice nie martwcie się, ja się tylko zagapiłam".
Łucia stresy innych przeżywała jak swoje. Przyszła nowa uczennica do ich klasy, to Łucia się o nią martwiła. Nauczycielka miała ocenę i hospitację lekcji w ich klasie - Łucia zamartwiała się, że musi się postarać jako uczennica, żeby pomóc tej pani. W tamtych czasach lekcje religii odbywały się w kaplicy. Zdarzało się, że pierwszaki miały religię z ósmakami. Właśnie taka sytuacja przytrafiła się naszej Łuci. Jak ksiądz zadał pytanie i nikt nie umiał odpowiedzieć, to wówczas ksiądz wyzywał ósmaków od leniuchów. Nasza pociecha drżała ze strachu, bo myślała, że ksiądz jest zły na wszystkie dzieci. Sytuacja ta spowodowała problem. W dzień, w którym była religia nasza Łucia już od rana w szkole popłakiwała. Na co Roman powiedział jej "no to nie idź na religię". Jednak ona na to "ale ja chcę iść". Na to tatuś "no to idź". Na co Łucia "ale ja się boję". Sytuacja patowa. Coś trzeba było zaradzić. Zapakowałam prawie wszystkie dzieci z pierwszej klasy do naszej syrenki (dzieci szkolne nazywały ją złoty szerszeń) i pomaleńku pojechaliśmy do kaplicy na religię. Porozmawiałam z księdzem, tłumacząc na czym polega nasz problem. Na szczęście zrozumiał o co mi chodzi i od tamtego czasu nie było problemów z religią.
Ania i Łucia wymyśliły zabawę w "papierkowe". Rysowały, malowały i wycinały różne postacie z bajek, a następnie się nimi bawiły. Produkcja była dosyć masowa. To były najwspanialsze zabawki naszych dzieci. 
Tatuś wysportowany, więc dziewczynki też musiały być wysportowane i bardzo się starały. Ania zawsze była samosia. Łucia chętnie korzystała z rad i nauk. Wcześnie nauczył również tatuś ich grania w karty. Pewnego razu zaproponował dziewczynkom grę w oczko na pieniądze. Przyniosły swoje skarbonki z grosikami i tatuś bezdusznie ograł je do zera. Płaczu było dużo, ale już nigdy nie przyszło im do głowy grać na pieniądze. Najlepiej człowiek uczy się na swoich błędach. 
Najtrudniejszym okresem w życiu naszej Łuci była szkoła średnia. Ukończyła LO z biało-czerwonym paskiem i z nerwicą. Jakoś nie umieliśmy jej uchronić od stresu (zbyt dużego stresu). Na studiach już było lepiej, ale nie da się wymazać tego co było. Na razie tyle wspominek musi wystarczyć... c.d. nastąpi...