Ten wieczór...!

Jak mi to tkwi w głowie i rodzi wspaniałe odczucia...

Po wizycie w Maruszy, czy w Dusocinie wracałem z Mamą ze stacji kolejowej w Unisławiu.

Już było ciemno. Nie wiem, czy będę umiał opisać ten moment, jak w półmroku w pokoju zaraz za kuchnią oglądałem świeżo nabyte znaczki pocztowe "Magyar Posta". Od tego momentu upłynęło prawie 50 lat... a ja to widzę wyraźnie i wspomnienie tego budzi we mnie cudowne pragnienie przeniesienia się w czasie! Były to znaczki z bardzo popularnej węgierskiej serii.

Jakie to były znaczki! Aż teraz przechodzą mnie ciarki na ich myśl! Gdybym potrafił przenieść tę scenę na video. Teraz został mi tylko opis, który noszę w głowie.

Radio

Przed spaniem leże sobie w naszym rodzinnym (kiedyś chyba małżeńskim) łóżku i słucham radia. Słuchowiska i bajki na dobranoc działały bardzo mocno na wyobraźnię. Mając parę lat słuchałem koncertów chopinowskich, muzyki: Mozarta, Beethovena, Straussa... Ten niezapomniany sygnał z wieży mariackiej o 12.00 oraz  cykliczne audycje: Matysiakowie, Zgaduj-zgadula, Sołtys Kierdziołek i inne. Często w okolicach południa słychać było muzykę ludową i wspaniałą kolekcję utworów Tadeusza Sygietyńskiego wykonywanych przez Jego zespół Mazowsze. Jaki to był dramat, gdy radio "wysiadło" -często przepalały się lampy elektronowe (lampy się "rozgrzewały" ok. 5 minut).

Rowerek "Bobo"

Podobny rowerek miał mój kolega Tadzik Wiśniewski. Nazywaliśmy je Junakami od motocykli, które były marzeniem każdego chłopca.

Stosowaliśmy kawałek tektury na sznurku o który szprychy uderzając wydawały dźwięk podobny do... Junaka.

1 września 1960 roku poszedłem do I klasy i po powrocie do domu okazało się, że mój Pan Grycza pojechał już wozem na Bruki po trawę. Wtedy wskoczyłem na Bobo (nie miał hamulców tylnych -hamowało się puszczając co chwilę pedały, gdyż były bezpośrednio sprzężone z kołem). Na skróty za kościołem spiesząc się, doprowadziłem do rozpędzenia się pedałów i zacząłem niekontrolowanie pędzić ze stromej góry w dół. Postanowiłem celowo się wywrócić, żeby dalej nie nabierać szybkości i nie wpaść na szosę u podnóża. Po kraksie miałem rozciętą wargę i leciała mi krew z nosa. Taki zakrwawiony doszedłem do... Państwa Gryczów, gdzie mnie obmyły i opatrzyły Pani Gryczowa z Jej córką Marysią. Dopiero po pewnym czasie poszedłem do domu (który znajdował się prawie na przeciwko, patrząc przez ulicę Lipową). Mama wszelkie "wybryki" traktowała bardzo surowo, ale przed karą (nie po raz pierwszy) uratowały mnie siostry, które chichotały na mój widok (napuchnięta warga i nos).