MOJE CUDOWNE DZIECIŃSTWO
Pierwsze chwile w moim życie, które pamiętam.

OPIS ZDJĘĆ

 Urodziłem się w Lipianach (miasteczko w powiecie pyrzyckim, woj. szczecińskie).

Sitno (wieś PGR-owska w tym powiecie) -nazwa magiczna dla mnie (znana mi z opowiadań). Trudno mi powiedzieć, czy to jawa, czy sny. Pamiętam: "paletę" drewnianą, litą, żłobioną, z czterema wystającymi uchwytami..., pędzące konie brukową, zadrzewioną drogą. Przy przeprowadzce do Unisławia mam obraz otwartego wagonu towarowego.

Ten okres znam z opowiadań: moja najstarsza siostrzyczka Mircia ma mnie na rękach,

od góry: Krysia, Roman, Grażka, Basia, Lucynka.

Od lewej: Basia, Mirka, ja, Grażynka.

dalej od lewej: ciocia Irena, ?, Mama, ?, ?, ?, Władek- mój najstarszy szwagier, Mirka

bliżej od lewej: !Marysia, ja, Basia, Krysia, Lucynka, Janusz -mój kuzyn

OPIS ZDJĘĆ

Unisław ul. Lipowa 20 -wejście do domu, weranda, korytarz, na lewo kuchnia, na wprost pokój babki i dziadka, na prawo wejście na piętro. Dalej wejście do piwnicy (byłem tam może 2 razy), ale śni mi się do dzisiaj?! Schody na dole zakręcały w lewo i prosto na samą górę. Na wprost drzwi do cioci Ireny, idąc w lewo, po prawej stronie wejście do kuchni Borowskich, dalej po lewej stronie wejście na strych, duży wysoki (właściwie II piętro) z gołębnikiem. Podwórko ze studnią, szopą na drewno i dużym pięknym ogrodem zaczynającym się od "wychodka". W ogrodzie krzaki porzeczek, białych i czerwonych, agrestu i wielu drzew owocowych: czereśni, jabłoni i grusz.

Na podwórku rosła stara i potężna "antonówka" zwana dziadkową -cudownego smaku tych jabłek już nie ma... Przy tej jabłoni była buda z uwiązanym, strasznie groźnym pieskiem, zwanym "Kazanem". Pamiętam groźne gęsi na podwórku, które babka karmiła na siłę "kluskami" do dzioba (chyba chodziło o "pyszne" wątróbki). Także pamiętam wspaniały wózek (drabiniak), który służył do przewożenia wypranych rzeczy do "magla".

OPIS ZDJĘĆ

Magiczna ulica Lipowa... Centrum Unisławia: szkoła, sklepy, bank, mechanik, lekarz -prowadziła od hotelu cukrowni do "belwederu". Przyjęcie towaru w sklepach -to była frajda w noszeniu towaru, cudowne znaczki na poczcie. Kałuże po burzy -to było coś fantastycznego. A burze... to były burze, do teraz widzę je z przerażeniem. Trwały całą noc. Spocony pod pierzyną czekałem na "domową mszę" prowadzoną przez mamę w asyście babki. Palone były wielkanocne palmy na patelni w intencji...

Znaczki węgierskie -zobacz

Zima na Lipowej: aleje śniegowe, sanie, buraki na przyczepach ciągników czekających w kolejce do cukrowni.

Traktory "Ursus" to klimat tamtych pięknych dni. Ich charakterystyczny "warkot" jest już nie powtarzalny! Buraki pięknie poukładane na przyczepach kusiły, żeby zrobić coś na diabła. Strzelaliśmy z kuszy do tych buraków (strzała umocowana była sznurkiem), często powodując rozsypanie się pryzmy, misternie ułożonej na przyczepie. Mama wtedy sprzedawała w małym kiosku spożywczym przy cukrowni. Traktorzyści często czekali dwie doby na odstawienie buraków. Mimo, że porcją sprzedażną była połowa chleba, Mama kroiła im kromki chleba. Mama była niekonwencjonalna i życzliwa wobec niedoli traktorzystów, przez co była bardzo lubiana! Odwdzięczali się jak tylko mogli. Czułem to na każdym kroku, Pani Kapturczakowa to, Pani Kapturczakowa tamto... Forma sympatycznej wdzięczności potrafiła doprowadzić do dość oryginalnego żartu. Pewien kierowca (kupując piwo?!) "zagadnął"; Pani Kapturczak, to piwo naftą śmierdzi! Poważna jak zawsze sklepowa, wychyliła się, żeby sprawdzić, gdy traktorzysta naciskając na ówczesne zamknięcie butelki spowodował jej "eksplozyjne" otwarcie. Co się działo... Mama wyskoczyła z kiosku jak polująca lwica, żeby dopaść żartownisia, który tylko dzięki zapobiegawczym działaniom "uszedł z życiem". To były cudowne czasy...!

OPIS ZDJĘĆ

W domu były zawsze jakieś buraki, które po prostu się jadło. A raz użyłem jako pocisk, rzucając w siostrę Lucynę. Dziś nie wiem dlaczego? Raz Mama pozwoliła, żeby mnie wziął jeden traktorzysta do swojego domu (ja wiem? ok. 5km), gdzie było świniobicie. Nigdy potem nie jadłem takiej dobrej smażonej wątroby. Jazda ursusem była niesamowita.

To były magiczne traktory z drewnianymi kierownicami w metalowych okuciach, które służyły także do uruchamiania silnika. Traktorzysta wyjmował kierownicę i umieszczał ją w osi koła zamachowego z boku pojazdu. Silnym i sprytnym pociągnięciem traktorzysta uruchamiał silnik ciągnika. Był to manewr niebezpieczny. Gdy silnik "załapał" to trzeba było wyjąć kręcącą się kierownicę! Jeszcze parę sekund ta kierownica kręciła się w ręku. Znam przypadek, gdy kierownica "zatańczyła" w ręku traktorzysty (ruch precesyjny) i uderzyła go śmiertelnie w głowę. Dźwięk "taff... tuff.. taff..." brzmi mi w uszach do dziś. Kto nie słyszał tego dźwięku niech tylko żałuje.

Od Belwederu (główne skrzyżowanie w Unisławiu) prowadziła ulica do dworca PKP. Magia tego miejsca zostanie we mnie do końca. Do Chełmna, Chełmży, Bydgoszczy i Torunia stały równocześnie cztery wspaniałe pociągi na stacji w Unisławiu ok. 6.00 i 17.00. Wiersz Tuwima "Lokomotywa" jest wyrazem mojego cudownego dzieciństwa.

Wtedy chciałem być "donduktorem" (konduktorem), lecz marzenie moje nigdy się nie spełniło.

Ten urok, ta magia kolei towarzyszy mi do dzisiaj. Te parowe maszyny działały na moją wyobraźnię. Ta potęga mocy i majestatyczność robiły wrażenie. No cóż, postęp technologiczny odarł nas z tych odczuć. Każda podróż pociągiem była dla mnie niezapomnianą chwilą. Odczucia podróży do Grudziądza z przesiadką na pociąg przyśpieszony z Mysłowic do Gdyni w Chełmży to coś, czego nie da się wiernie przekazać. Potężna lokomotywa z wieloma wagonami wjeżdża na stację, buchając parą i dymem. Koła większe ode mnie, budziły we mnie obraz grozy i fascynacji zarazem! Dworzec w Unisławiu (wieś gminna, teraz ok. 3,5 tys. mieszkańców) miał 3! perony. Przy pierwszym stał pociąg z Chełmna (lokomotywa tyłem), przy drugim do Torunia i Bydgoszczy, przy trzecim do Chełmży (lub Brodnicy) i Chełmna. Zjawiskiem ogromnej wagi były "motorówki", do Bydgoszczy po 18-tej. Jak dziś widzę "tańczącą" w zakręcie przed przejazdem kolejowym opodal ulicy Wiślanej. Wyjazdy do Chełmna przez most w Starogrodzie oraz do Ostromecka budzą we mnie czułe odczucia. Trudno ująć w chronologię lata dziecięce. Okres mojego przedszkola jest bajeczny.

Kumplowałem się z Tadzikiem Wiśniewskim a przebywałem większość czasu u sąsiadów po drugiej stronie Lipowej, u P. Gryczów. To moja druga rodzina!!! Kocham ich, choć teraz nic o nich nie wiem. Kochałem ich kucyka, stodołę i ogromny orzech laskowy za nią.
Kochałem huśtawkę i wszystko co ich dotyczyło. Z Panem Gryczą "robiłem wszystko": klinowałem drewno, składałem drewniane koło do wozu, oporządzałem kucyka, pomagałem przy robieniu okolicznościowych wieńców. Ich córka Marysia była moją "następną siostrą". Na kuligu siedziałem na pierwszych saniach z P. Gryczą. Ja ich kochałem, bo oni mnie też kochali. To był mój drugi i bardzo kochany dom! To były przecudowne lata mojego dzieciństwa... Przed rozpoczęciem nauki, byłem też częstym bywalcem w zagrodzie P. Ziębów na skraju Unisławia (w stronę Stablewic). To tu kupowałem od nich konia za 100 złotych (kosztował wtedy ok. 5000 zł.). Dla mnie to była niebotyczna kwota. Jak by to było dzisiaj; widzę jak jestem sadzany na olbrzymiego konia, jak "buszuję" po słomie w stodole. W dole za ich gospodarstwem była linia kolejowa Unisław-Chełmno. Wiele pociągów tutaj obserwowałem z wielkim podnieceniem. Tutaj też doszło do tragicznego wydarzenia. Mój "wujek", krewny Ziębów rzucił się pod pociąg...! Do tej pory tego nie rozumiem?... Ile ja przy tych torach najadłem szczawiu, kochałem i kocham te miejsca! Tylko burza potrafiła mnie stąd wygonić, Tyle wspaniałych wspomnień, tyle niezapomnianych chwil -jak trudno je przekazać... Jakbym chciał choć na chwilę do nich wrócić. Kocham moje dzieciństwo i wszystkim życzę tak cudownego czasu swoich pierwszych lat. Dzisiaj jestem już dziadkiem. To piękne, a zarazem przykre, że życie pisze ci nową rolę. Czy jestem na nią gotów? Sam nie wiem? Chcę być dzieckiem, rodzicem, dziadkiem, chcę być wszystkim! Jednak bycie dzieckiem jest najcudowniejszym z przeżyć!

Mój piękny czas już minął... Te wspaniałe dni beztroski, te surowe lecz piękne dni już nie powrócą. Pisząc to, chcę, żeby następne pokolenia umiały docenić to co w ludzkim życiu jest najważniejsze: bezinteresowność, miłość, chęć czynienia dobra, radość z obcowania ze wspaniałą naturą. Uważam się za wybrańca! Moje dzieciństwo, lata chłopięce, wkroczenie w dorosłość, małżeństwo, rodzicielstwo i pojawienie się wnucząt jest mi dane w całej okazałości. Za to jestem wdzięczny losowi i... najbliższym! Już teraz jestem człowiekiem spełnionym a liczę na więcej... Jestem w czepku rodzony. Za to, że poczęli mnie Rodzice, za to, że mam kochaną Rodzinę, za to, że moi kochani tak pięknie sobie radzą w tym trudnym życiu. Dlaczego? Nasze życie jest takie piękne a zarazem trudne i bolesne. Jest mi miło, ale często i ciężko. Jest pięknie, ale i przykro. Dlaczego? Już sam nie wiem, nie wiem na czym to życie polega? Chcę kochać i być kochanym. Chcę doceniać i być docenianym. Chcę lubić i być lubianym. Mamy ideologię chrześcijaństwa, ale ta nie jest urzeczywistniana. W rzeczywistości jest tylko fałsz, obłuda i zakłamanie. Szkoda, że nie ma Boga. Ten świat byłby cudnym z Nim! Ludzie myślą, że panują nad wszystkim. Tak nie jest, my ludzie powinniśmy uporać się z własnym "jestectwem"!...